Orłowo cofnęło się o sto lat. Festyn odsłonił żywe rybackie serce Gdyni

Orłowo cofnęło się o sto lat. Festyn odsłonił żywe rybackie serce Gdyni

FOT. Urząd Miasta w Gdyni

Na plaży w Orłowie przez kilka godzin trudno było uwierzyć, że to wciąż Gdynia z XXI wieku. Zabudowane kostiumy kąpielowe, automobile, radio walizkowe i zapowiedź objazdowego kina złożyły się na obraz sprzed blisko stu lat. W tle działała jednak prawdziwa przystań rybacka – ostatnia taka w mieście. Festyn „W Sieci Rybackiej Tradycji” miał przypomnieć, że ten fragment Orłowa wciąż opiera się na pracy ludzi morza.

  • Orłowo w roli kurortu z dawnych lat
  • Na plaży pojawiły się stroje, radio i zapach świeżej ryby
  • Stare rybackie rzemiosło i prawdziwe życie jednej rodziny

Orłowo w roli kurortu z dawnych lat

Orłowo na jeden dzień przyjęło formę przedwojennego kurortu, ale nie było w tym czystej dekoracji. Impreza została oparta na miejscu, które wciąż ma swój rytm – to ostatnia czynna przystań rybacka w Gdyni, z dwoma kutrami, wędzeniem ryb i cerowaniem sieci. Właśnie ten żywy kontekst odróżnił wydarzenie od zwykłej rekonstrukcji historycznej.

„Wymarzyłam sobie, że zrobimy tu festyn inny niż wszystkie, który będzie podróżą w czasie do ocalenia tego, co mamy najcenniejsze” – mówiła Elżbieta Szwedko, prezes Stowarzyszenia Dziedzictwo Kulturowe Szlakiem Północy i mieszkanka Orłowa.

Organizacja nie była prosta, bo zabawa odbywała się w miejscu, gdzie codziennie pracują rybacy. Pomoc przyszła z wielu stron – od Rady Dzielnicy, przez Towarzystwo Przyjaciół Orłowa, po miejscową gastronomię, rybaków i grupę rekonstrukcyjną. Fundusze udało się pozyskać przy okazji obchodów Święta Morza, a efekt przeniósł uczestników w lata dwudzieste i trzydzieste minionego wieku.

Na plaży pojawiły się stroje, radio i zapach świeżej ryby

Upał nie zniechęcił młodych ludzi, którzy zjechali na plażę. Panie wystąpiły w zabudowanych kostiumach kąpielowych, panowie brodzili ostrożnie, żeby nie zmoczyć pantalonów, a obok rozkładano siatkę do badmintona. Przy takim słońcu większym powodzeniem cieszyła się jednak oranżada w butelkach zamykanych korkiem.

Wkrótce na brzegu zrobiło się jeszcze bardziej gwarno, gdy przypłynęli rybacy i zaczęli wyciągać sieci z połowem. W powietrzu pojawił się zapach świeżej ryby, a potem także wędzonych i marynowanych śledzi oraz węgorzy. Mały chłopiec w stroju kucharza częstował zupą rybną razem z dziadkiem, a przy stoisku karczmarza częstowano ziołowymi nalewkami. W takim zestawie nietrudno było zapomnieć, że wszystko dzieje się w pełni lata, a nie w czasie dawnego wakacyjnego sezonu nad Bałtykiem.

Wrażenie dopełniały szczegóły techniki sprzed lat. Na plażę trafiło radio walizkowe, z którego płynęła zapowiedź upału i uspokajające słowa o plotkach wojennych. Brzmiała też „Ostatnia niedziela” Mieczysława Fogga. Miejscowy fotograf przez cały ranek pracował w ciemni, a potem pokazywał gotowe zdjęcia dzieciom i dorosłym, którzy zbierali się wokół jego stolika. W Domku Żeromskiego planowano jeszcze objazdowe kino, więc zapowiadał się dzień pełen obrazów, muzyki i ruchu.

Stare rybackie rzemiosło i prawdziwe życie jednej rodziny

Wśród uczestników wydarzenia byli nie tylko miłośnicy historii i mody, ale też ludzie, dla których to, co w Orłowie pokazano, jest codziennością. Sara, ubrana w stylową czerwoną sukienkę, przyjechała z przyjaciółmi automobilami i mówiła, że łączy ją z takimi spotkaniami fascynacja historią ubioru oraz rekonstrukcją dawnych epok.

„Jak nie cieszyć się morzem, gdy przybyliśmy długą drogę tymi oto automobilami?” – powiedziała Sara, opowiadając o swojej wizycie w kurorcie.

Najmocniej zabrzmiała jednak opowieść Justyny Cebuli, która wraz z ojcem Krzysztofem prowadzi jeden z dwóch ostatnich działających kutrów w Orłowie. Jak podkreśliła, rybacka tradycja to dla niej nie scenografia, ale własne życie. Jej rodzina od pokoleń mieszka nad morzem, a sama Justyna po studiach informatycznych próbowała wyjechać do Warszawy . Wróciła, bo – jak mówiła – najlepiej czuje się o świcie na kutrze, kiedy wypływa z ojcem w morze.

„Boję się tylko, że świat nas, rybaków, właśnie znika z Gdyni” – mówiła Justyna.

Właśnie ten głos nadał całemu wydarzeniu ciężar większy niż sama nostalgia. Pokaz cerowania sieci, smak rybnej zupy czy widok kutrów nie były tylko atrakcją dla spacerowiczów. To przypomnienie, że Orłowo nie jest muzealną sceną, lecz miejscem, gdzie dawny zawód nadal trwa, choć z każdym rokiem coraz trudniej go utrzymać.

na podstawie: UM Gdynia.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Urząd Miasta w Gdyni). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.