Iskry pod Huraganem otworzyły trzeci rozdział Miecznika

Iskry pod Huraganem otworzyły trzeci rozdział Miecznika

FOT. Urząd Miasta w Gdyni

Na hali PGZ Stoczni Wojennej poszły pierwsze iskry pod „Huraganem” i od razu było jasne, że to moment ważniejszy niż techniczny rytuał. W Gdyni program Miecznik wszedł w etap, w którym blacha zaczyna zamieniać się w przyszłą fregatę, a stoczniowy szum układa się w opowieść o bezpieczeństwie na Bałtyku. To projekt ogromny, skrojony na lata, z trzema okrętami, które mają zastąpić wysłużone jednostki Marynarki Wojennej. Jego skala wykracza daleko poza sam dok stoczniowy – dotyka przemysłu, szkolenia kadr i miejsca Gdyni na mapie polskiej obronności.

  • Miecznik rośnie w trzech kadłubach jednocześnie
  • Nowe fregaty mają dać Polsce zasięg i oddech na Bałtyku
  • Gdynia znowu pracuje na swoje stoczniowe nazwisko

Miecznik rośnie w trzech kadłubach jednocześnie

Palenie blach pod „Huraganem” formalnie otworzyło budowę trzeciej fregaty w programie Miecznik. W stoczni nie dzieje się więc już jedna rzecz naraz, lecz kilka równoległych operacji, a to w programach tej skali ma znaczenie większe niż sam ceremoniał. Tylko wtedy można utrzymać rytm prac, który później decyduje o terminach przekazania okrętów.

Stan prac nad poszczególnymi jednostkami wygląda dziś tak:

„Wicher” – kadłub jest już w zaawansowanym montażu, a wodowanie planowane jest na sierpień 2026 roku.
„Burza” – stępkę położono w grudniu 2025 roku.
„Huragan” – po wtorkowej uroczystości ruszyła budowa okrętu, który ma trafić do Marynarki Wojennej RP pod koniec 2031 roku.

To właśnie „Huragan” domknie serię trzech wielozadaniowych fregat, budowanych przez konsorcjum PGZ-MIECZNIK – PGZ S.A. i PGZ Stocznię Wojenną z udziałem brytyjskiego Babcock International, według projektu Arrowhead 140. W tle nie ma więc jednego zamówienia, ale długofalowa przebudowa morskich zdolności państwa.

Nowe fregaty mają dać Polsce zasięg i oddech na Bałtyku

Okręty programu Miecznik mają około 140 metrów długości i do 7 tysięcy ton wyporności. Ich zadania są szerokie: od obrony przeciwlotniczej, przez zwalczanie celów nawodnych, po działania przeciwpodwodne i wsparcie na wodach przybrzeżnych. To nie są jednostki do jednej roli. Mają działać jak wielofunkcyjne narzędzie, gotowe do odpowiedzi na różne zagrożenia.

Napęd CODAD ma pozwolić na osiągnięcie 28 węzłów i zasięg 8 tysięcy mil morskich. Dla Marynarki Wojennej oznacza to nie tylko nowocześniejszy sprzęt, ale też większą swobodę działania i możliwość prowadzenia dłuższych operacji bez ciągłego wracania do portu. W praktyce ma to zastąpić wycofywane ze służby okręty ORP K. Pułaski i ORP Gen. T. Kościuszko, które przez lata były ważną częścią polskiej floty.

„Przemysł zbrojeniowy jest dla Polski bardzo istotny” – podkreślał wiceminister obrony narodowej Paweł Bejda.

Słowa te dobrze składają się z tym, co widać przy takich inwestycjach: morskie bezpieczeństwo nie zaczyna się na morzu, ale w zakładach, projektach i halach produkcyjnych, gdzie wszystko musi zadziałać z dokładnością do detalu.

Gdynia znowu pracuje na swoje stoczniowe nazwisko

W uroczystości uczestniczyli także przedstawiciele samorządu i Pomorza. Wicewojewoda pomorski Emil Rojek zwracał uwagę, że przy tak dużych inwestycjach potrzebne jest również poczucie bezpieczeństwa, a wiceprezydentka Gdyni Oktawia Gorzeńska podkreślała znaczenie faktu, że tak ważne projekty realizowane są właśnie tutaj.

„To dla Gdynianek i Gdynian bardzo ważne” – mówiła Oktawia Gorzeńska.

Prezes PGZ Stoczni Wojennej Marcin Ryngwelski przypominał, że sam moment palenia blach oznacza wejście w najpoważniejszą fazę produkcji. Dla stoczniowców to chwila, w której projekt przestaje być tylko dokumentacją, a staje się stalą, spawem i realnym okrętem.

„Jak już jest budowa w metalu, to stoczniowcy się najbardziej cieszą” – zaznaczył Marcin Ryngwelski.

Szef stoczni mówił też o budowaniu zaplecza kadrowego. Zakład współpracuje z uczelniami, prowadzi wspólne kształcenie z Akademią Marynarki Wojennej na kierunku technologicznym związanym ze wsparciem budowy okrętów, a także korzysta z kontaktu z technikum chłodniczym. To ważny sygnał dla miasta: Miecznik nie kończy się na wodzie. Zostawia po sobie także ludzi, którzy potrafią budować kolejne jednostki.

W stoczni równolegle powstają obecnie cztery okręty, a udział w programie Kormoranów podnosi tę liczbę do siedmiu. Taki portfel prac daje zakładowi tempo, ale też wymaga zaplecza, wiedzy i precyzji. I właśnie dlatego Gdynia znów mocno przypomina o swoim morskim rodowodzie.

na podstawie: UM Gdynia.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Urząd Miasta w Gdyni). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.