Najlepszy sezon w karierze Michał Janota rozgrywa w Arce Gdynia. 15 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (9 goli, 6 asyst) wywindowało go na 4. miejsce wśród piłkarzy całej ligi. Mimo słabszych momentów na początku wiosny, derby Trójmiasta z Lechią Gdańsk ukazały pomocnika wracającego do miejsca, w którym gra sprawiała mu niebywałą przyjemność i przychodziła z lekkością. To niewątpliwy lider zespołu – jednostka, od której formy nie raz w tych rozgrywkach zależała dyspozycja całości.

Kiedy przychodził do Arki, o hurraoptymizmie nie było mowy. Kręcenie nosem to zjawisko dużo częściej wówczas występujące. Piłkarz barwny, po przejściach. Kilku wzlotach, ale i wielu upadkach. Wciąż przed trzydziestką. Niejedni postawili już na nim futbolowy krzyżyk, a inni drwili z jego prób zaistnienia w ekstraklasie. Wybrał Gdynię, wybrał Arkę, bo chciał pokazać czysto piłkarską twarz.

Już po pierwszym meczu o Superpuchar Polski w Warszawie z Legią (3:2) eksperci przecierali oczy ze zdumienia. „Czyżby wrócił stary, dobry, a nawet jeszcze lepszy Janota?!” – pytali zaciekawieni. Choć później nieco chimeryczny i przez kilka tygodni jego forma bujała się, jak kajak na sztormie, to zaczął wykręcać liczby godne napastników. Gdy 11 sierpnia ubiegłego roku trafił w ekstraklasie po raz pierwszy od 1541 dni, licznik nabrał tempa.

Janota chwycił ten luz, którego polskim chłopakom podobno brakuje. Nie do zatrzymania był w Płocku (3:1), choć wtedy gola nie zdobył. Radość z gry z piłką przy nodze, jaką wówczas czerpał, była czymś ogromnie pociesznym dla kibiców Arki. Zespół w końcu zyskał playmakera z prawdziwego zdarzenia. Partnerzy go uzupełniali. Zapewniali mu swobodę ofensywną, wiedzieli, że robi rzeczy niecodzienne i wystarczy mu wtórować. Kolektyw pełną gębą, który spijał śmietankę z takiej kooperacji.

29-latek tak szybko zaaklimatyzował się nad morzem, że już we wrześniu, po meczu domowym z Zagłębiem Sosnowiec (2:2), można było dostrzec pewną prawidłowość:

Jeśli Janocie nie idzie, nie idzie też drużynie. Gdy jednak pomocnik bryluje, zespół również do niego się dostosowuje. Ot, definicja lidera.

Trzy tygodnie po tym spotkaniu Janota zdobył zwycięskiego gola z Lechem Poznań (1:0), a na przełomie października i listopada trafił cztery razy w pięciu meczach. Do tego kolekcjonował asysty. Błyskawicznie doczekał się gromkiego „Michał Janota!” z trybun Stadionu Miejskiego.

Pod koniec listopada rozpoczęła się seria bez wygranej i z czasem oczy skierowane zostały głównie na Janotę. Miał podnieść zespół, wyciągnąć go z dołka. A gdy tego nie zrobił, jako pierwszy przyjmował krytykę. Słabsza forma pomocnika powoli jednak mija. Można to stwierdzić z całą świadomością, zwłaszcza gdy spojrzymy na ostatni, derbowy mecz z Lechią. Janota dał kibicom symptom tego, co prezentował w najlepszych meczach jesienią – lekkość, swobodę w prowadzeniu piłki i chęć niekonwencjonalnej kreacji. Do szczytowych momentów jeszcze brakuje, ale 29-latek powoli wchodzi na krzywą rosnącą. I po raz kolejny do jego gry dostosował się zespół. Następny dowód na to, że Arka ma lidera i warto na nim oprzeć swoją grę.

Teraz w klubie zachodzą zmiany na stanowisku trenera. Wydaje się jednak, że nieważne kto nim zostanie, Janota i tak będzie u niego liderem. Bo papiery na to ma pierwszorzędne.

***
Najbliższy mecz żółto-niebiescy zagrają w niedzielę o godz. 15:30 z Pogonią w Szczecinie. To kolejny z „finałów” walki o utrzymanie. W niej bez dwóch zdań potrzebny będzie Janota, dla którego wsparcie gdyńskich trybun to dodatkowa dawka motywacji.


Dodaj komentarz
Komentarze nie odnoszące się bezpośrednio do treści artykułu, obraźliwe, nieprawdziwe oraz niezgodne z prawem, reklamowe publikowane bez zgody wydawcy mogą zostać usunięte przez administrację. Komentarz osoby niezalogowanej, który zawiera link/i jest zatwierdzany ręcznie przez administrację.