Piekielny kociołek w Gdynia Arenie stworzyli w czwartkowe popołudnie koszykarscy kibice. Nie odstawali zawodnicy na parkiecie, którzy dostarczyli fanom niebywałych emocji. Ich amplituda była ogromna! Na finiszu szaleli jednak miejscowi. Arka pokonała Anwil 94:91 i jako pierwsza zrobiła mały kroczek w kierunku wielkiego finału.

W fazie zasadniczej koszykarze Arki nie brali jeńców. Przebrnęli przez nią, nie oglądając się za siebie. Pierwsze miejsce było w pełni zasłużone. Apetyty kibiców, ale zapewne i samych zawodników mocno wyostrzyły się na playoffy. Prawdziwa gra miała bowiem się zacząć w półfinale, choć o mało co, a gdynianie by do niego nie dotarli. Heroiczny, pięciomeczowy bój z Legią Warszawa w ćwierćfinale był jednak potrzebny. Jak kubeł lodowatej wody na rozgrzane głowy. Od piątego meczu w Gdyni koncentracja Arki wywindowała na zupełnie nowy poziom, taki, jakiego rzadko kiedy (o ile w ogóle) doświadczali w sezonie zasadniczym.

Tak samo skoncentrowani i skupieni na każdym detalu zawodnicy Przemysława Frasunkiewicza podeszli do pierwszego meczu z Anwilem Włocławek.

– Dla nas to właśnie te mecze są finałami! Tak mamy je potraktować! – motywował swoich zawodników przed startem półfinałowej serii trener gdynian.

Przeciwnikiem miał być nie tylko wciąż aktualny mistrz Polski, ale również jego kibice. Tych do Gdynia Areny zawitało około 700! Znani ze stwarzania prawdziwie gorącej atmosfery włocławianie, piekiełko stworzyli też nad polskim morzem. Gdy dodamy do tego doping miejscowych, w pewnym momencie trudno było porozumiewać się między sobą. Zwracał na to uwagę zawodnik gości Szymon Szewczyk.
– Porozumiewać się, w szczególności w obronie, było bardzo trudno. Dlatego tak ważna była koncentracja – mówił po spotkaniu.

Tumult ze strony przyjezdnych gasł z każdą kolejną minutą. Z biegiem czasu Arka zaczęła coraz mocniej dominować: świetna i agresywna obrona połączona z nagromadzeniem się pudeł rywali oraz seria trójek sprawiły, że do przerwy gospodarze mieli kilkanaście punktów zapasu. Tuż po niej przewagę powiększyli nawet do 21 oczek! Wydawało się, że na prawdziwe emocje trzeba będzie poczekać co najmniej do drugiego meczu. Bo celny rzut za trzy Krzysztofa Szubargi dający tę przewagę wyglądał, jakby przybił gwóźdź do włocławskiej trumny w pierwszym meczu.

Paradoksalnie to był właśnie moment, w którym wszystko zaczęło się kruszyć, z gigantyczną przewagą na czele. Kibice z każdą następną akcją gości zamierali, a biała strefa Anwilu wybuchała po skutecznej akcji. Momentalnie na tablicy świetlnej pojawił się remis, a chwilę później trzypunktowe prowadzenie gości. Wszystko zaczęło uciekać momentalnie. Nerwowość było widać na czasach Arki. Spokój zachował kapitan Szubarga, który zresztą po raz kolejny mentalnie pociągnął wózek zwany drużyną. Do tego dodawał choćby takie oto akcje:

Zachowanie zimnej krwi było kluczowe. To ona pozwoliła wygrać. Po końcowej syrenie nie było jednak wybuchu radości, a poczucie ogromnej ulgi. Trener Frasunkiewicz pogratulował drużynie i powiedział tylko:
– Nie rozpamiętujmy przeszłości. Stało się, musimy o niej zapomnieć i iść dalej. Nie opuszczamy głów na dół, tylko bierzemy piłkę i budujemy kolejne akcje. Bo nieważne są te, które były, a te, które stworzymy.

Arka Gdynia – Anwil Włocławek 94:91 (33:23, 28:21, 16:19, 17:28)

Arka: Bostic 27, Szubarga 16, Wyka 14, Florence 10, Wołoszyn 9, Dulkys 6, Łapeta 5, Upshaw 4, Ginyard 3, Garbacz 0, Ponitka 0, Kamiński.
Anwil: Almeida 24, Broussard 18, Simon 11, Michalak 10, Szewczyk 10, Ignerski 7, Łączyński 7, Lichodiej 3, Zyskowski 1, Czyż, Wadowski.

Drugie spotkanie w Gdynia Arenie już 18 maja o godz. 20:30. Znowu powinniśmy ujrzeć pełną halę, która pomieści więcej kibiców niż w czwartek. Zostanie bowiem udostępniona dodatkowa pula biletów.

fot. Mariusz Mazurczak